Pokazywanie postów oznaczonych etykietą NEIL GAIMAN. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą NEIL GAIMAN. Pokaż wszystkie posty

stycznia 19, 2018

Neil Gaiman - Opowieść grudniowa

Neil Gaiman - Opowieść grudniowa

NEIL PYTA:
„Kogo chętnie znów zobaczylibyście w grudniu?”
@Geminitm ODPOWIADA:
„Samą siebie, osiemnastolatkę na gigancie, żebym mogła pokazać jej, że znalazłam miłość i własny dom – i że się poprawiło”.
#KeepMoving #DecTale

W lecie trudno mieszkać na ulicy, ale w lecie można spać w parku, nie umierając przy tym z zimna. Zima jest inna. Zima potrafi być zabójcza. A nawet jeżeli nie, mróz i tak traktuje cię jak ulubionego bezdomnego przyjaciela, wsączając się w twoje życie.
Donna uczyła się od starych wyjadaczy. Sztuka polega na tym, aby spać gdzie tylko można w ciągu dnia – dobrze nadają się do tego pętle metra, wystarczy kupić bilet i można jeździć w kółko cały dzień, drzemiąc w przedziale, i wszelkie tanie kafejki gdzie nikomu nie przeszkadza osiemnastoletnia dziewczyna, która kupi herbatę za pięćdziesiąt pensów, a potem przyśnie nad nią na godzinę czy trzy, o ile wygląda mniej więcej porządnie – ale poruszać się nocą, gdy temperatury lecą w dół, a ciepłe miejsca przestają być dostępne, drzwi się zamykają, a światła gasną…
Była dziewiąta wieczorem, a Donna spacerowała. Trzymała się oświetlonych ulic i nie wstydziła się prosić o pieniądze. Już nie. Ludzie zawsze mogli odmówić i przeważnie właśnie tak robili.
W kobiecie na rogu ulicy nie było nic znajomego. Jeśli byłoby inaczej, Donna nigdy by się do niej nie zbliżyła. Myśl, że ktoś z Biddenen mógł ją teraz zobaczyć prześladowała ją niczym koszmar: wstyd i strach, że powiedzieliby matce (która nigdy nie mówiła zbyt dużo, i wieść, że zmarła babcia skomentowała tylko: „krzyżyk na drogę”), potem matka powiedziałaby ojcu, a on mógłby tu przyjechać i próbować jej szukać i zabrać ją do domu. A to by ją złamało. Nigdy więcej nie chciała go widzieć.
Kobieta na rogu ulicy zatrzymała się, zafrasowana i rozejrzała się wokół, jak gdyby zgubiła drogę. Od takich osób łatwo było wyciągnąć kasę, jeżeli wskazało im się właściwą drogę.
Donna podeszła bliżej i zapytała:
- Ma pani jakieś drobne?
Kobieta spojrzała na nią z góry. I wówczas wyraz jej twarzy zmienił się i wyglądała jak… Donna w tamtej chwili zrozumiała ten frazes, zrozumiała dlaczego ludzie mówią „jakby zobaczyła ducha”. Tak właśnie było. Kobieta spytała:
- Ty?
- Ja? – odpowiedziała pytaniem Donna. Gdyby rozpoznała tę kobietę, mogłaby się cofnąć, mogłaby nawet uciec, ale jej nie znała. Wyglądem przypominała odrobinę jej matkę, ale była milsza, łagodniejsza, zaokrąglona tam, gdzie matka Donny była koścista. Ciężko było zobaczyć, jak naprawdę wygląda, ponieważ miała na sobie gruby czarny zimowy kombinezon i czapkę z grubej ciepłej wełny, ale jej włosy pod czapką żarzyły się pomarańczą, tak jak włosy Donny.
Kobieta wyszeptała „Donna”. Donna zwiałaby w tamtej chwili, ale nie uciekła, została na miejscu, bo cała sytuacja była zbyt wariacka, zbyt nieprawdopodobna, zbyt niedorzeczna, by móc ją ubrać w słowa.
Kobieta powiedziała:
- Och, Boże. Donna. Ty to ty, prawda? Pamiętam. – urwała. Wydawała się walczyć z łzami.
Donna przyjrzała się kobiecie i niesłychana, absurdalna myśl przyszła jej do głowy i zapytała:
- Czy jesteś tym, czym myślę?
Kobieta przytaknęła.
- Jestem tobą – powiedziała. – Albo będę. Któregoś dnia. Spacerowałam tędy, wspominając, jak to było, kiedy ja… kiedy ty… - znów przerwała. – Posłuchaj. Nie zawsze tak będzie. A nawet niezbyt długo. Tylko nie zrób niczego głupiego. Albo czegoś, czego nie będziesz mogła odwrócić. Obiecuję, że skończy się dobrze. Jak w filmikach z You Tube, wiesz? Jest Lepiej.
- Co to jest ju-tjub? – zapytała Donna.
- Och, kochanie – odparła kobieta. A potem oplotła Donnę ramionami, przyciągnęła do siebie i mocno ją przytuliła.
- Zabierzesz mnie ze sobą do domu? – poprosiła Donna.
- Nie mogę – odrzekła kobieta. – Dla ciebie dom jeszcze nie istnieje. Jeszcze nie spotkałaś żadnej z osób, które pomogą ci wydostać się ze świata ulicy, albo pomogą przy znalezieniu pracy. Nie spotkałaś jeszcze osoby, z którą spędzisz życie. Ale któregoś dnia we dwoje stworzycie bezpieczne miejsce dla was i dla waszych dzieci. Przytulne miejsce.
Donna poczuła narastającą złość.
- Dlaczego mi to mówisz? – zaatakowała.
- Żeby dać ci nadzieję. Że się poprawi.
Donna zrobiła krok wstecz. – Nie chcę nadziei – oświadczyła. – Chcę ciepłego miejsca. Chcę domu. I chcę go teraz. Nie za dwadzieścia lat.
Zraniony wyraz na pogodnej twarzy.
- To mniej niż dwadzie…
- Nie obchodzi mnie to! To nie stanie się dziś! Nie mam dokąd pójść. I jest mi zimno. Masz jakieś drobne?
Kobieta skinęła głową.
- Proszę – powiedziała. Otworzyła torebkę i wyjęła banknot. Donna go zabrała: dwadzieścia funtów. Ale dwudziestofuntowy banknot nie wyglądał jak żadna waluta, jaką znała. Poszukała wzrokiem kobiety, chcąc ją o to zapytać, ale zniknęła, a kiedy Donna spojrzała na swoją dłoń,  to samo stało się z banknotem.
Stała w miejscu, drżąc z zimna. Pieniądze przepadły, jeżeli kiedykolwiek w ogóle istniały. Ale wiedziała jedną rzecz: wiedziała, że pewnego dnia się uda. W końcu. I wiedziała, że nie musi robić nic głupiego. Nie musiała kupować biletu na metro, tylko po to, by skoczyć na tory gdy pociąg znajdzie się zbyt blisko, żeby się wycofać.
Zimowy wiatr był ostry, przeszywał i przejmował do kości, ale zauważyła, że przywiał coś na próg najbliższego sklepu. Schyliła się i to podniosła; pięciofuntowy banknot. Być może jutro będzie łatwiej. Nie musiała robić żadnej z tych rzeczy, które sobie wyobrażała.
Zima potrafi być zabójcza kiedy mieszkasz na ulicy. Ale nie tego roku. I nie tej nocy.

stycznia 18, 2018

Neil Gaiman - Opowieść listopadowa

Neil Gaiman - Opowieść listopadowa


NEIL PYTA:
„Co spalilibyście w listopadzie?”
@MeiLinMiranda ODPOWIADA:
„Moją historię choroby, ale tylko wówczas, gdyby sprawiło to, że wyzdrowieję”.
#KeepMoving #NovTale

Palenisko było niewielkie i kwadratowe, wykonane ze starego, poczerniałego od ognia metalu, który mógł być miedzią lub mosiądzem. Eloise zwróciła na nie uwagę na wyprzedaży garażowej ze względu na zdobienia w kształcie zwierząt, które równie dobrze mogły uchodzić za smoki jak i za węże morskie. Jednemu ze stworzeń brakowało głowy.
Kosztowało zaledwie dolara, więc Eloise kupiła je, razem z czerwonym kapeluszem z piórkiem po boku. Pożałowała zakupu kapelusza już w drodze do domu i pomyślała, że może komuś go sprezentuje. Ale kiedy dotarła do mieszkania, czekał na nią list ze szpitala, tak więc umieściła palenisko na tyłach ogrodu, a kapelusz zaraz po wejściu schowała do szafy i więcej o nich nie rozmyślała.
Mijały miesiące, a wraz z nimi ochota, aby wychodzić z domu. Z każdym dniem czuła się słabsza, każdy dzień odbierał jej coraz więcej. Przeniosła łóżko do pokoju na dole, ponieważ chodzenie sprawiało jej ból, ponieważ była zbyt zmęczona, by chodzić po schodach, ponieważ tak było łatwiej.
Przyszedł listopad, a z nim świadomość, że nie doczeka Bożego Narodzenia.
Istnieją rzeczy, których nie można wyrzucić, rzeczy, których nie mogą znaleźć nasi bliscy, kiedy już odejdziemy. Rzeczy, które należy spalić.
Zabrała ze sobą do ogrodu czarną tekturową teczkę pełną papierów, listów i starych fotografii. Wypełniła palenisko gałęziami z drzew i brązowymi papierowymi torbami i podpaliła je zapalarką do grilla. Dopiero gdy zapłonął ogień otworzyła teczkę.
Zaczęła od listów, w szczególności tych, które chciała ukryć przed resztą ludzi. Kiedy studiowała na uniwersytecie, był pewien profesor i pewien związek, jeżeli można to tak nazwać, który bardzo szybko stał się toksyczny. Trzymała przed sobą jego listy, spięte razem i rzucała je, jeden za drugim, w płomienie. Była jeszcze ich wspólna fotografia, którą wrzuciła jako ostatnią, patrząc jak zwija się i czernieje.
Gdy sięgała po następną rzecz z teczki, zdała sobie sprawę, że nie pamięta nazwiska profesora, przedmiotu jaki wykładał, ani dlaczego zranił ją tak bardzo, że przez kolejny rok próbowała popełnić samobójstwo.
W kolejce czekało zdjęcie jej suczki Lassie, leżącej na grzbiecie pod dębem w ogrodzie. Lassie nie żyła od siedmiu lat, ale drzewo nadal tu rosło, teraz bezlistne w listopadowym zimnie. Upuściła zdjęcie w palenisko. Tak mocno kochała tego psa…
Poszukała wzrokiem dębu, snując wspomnienia…
W ogrodzie nie było żadnego drzewa.
Nie było nawet śladu po pniu, tylko blady listopadowy trawnik, pokryty opadłymi liśćmi z drzew sąsiadów.
Eloise zauważyła to, ale nie zmartwiło jej, że postradała zmysły. Wstała, nieco sztywno, i weszła do domu. Jej odbicie w lustrze przyprawiło ją o szok, tak jak często w ostatnich dniach. Jej włosy stały się cienkie, a twarz mizerna.
Zebrała papiery ze stolika przy niezaścielonym łóżku, list od jej onkologa był na samej górze, skrywając pod sobą tuzin stron wypełnionych słowami i cyferkami. Pod nimi tkwiło jeszcze więcej kartek, wszystkie z logo szpitala nadrukowanym na górze strony. Je również zabrała, po czym dorzuciła rachunki za leczenie. Ubezpieczenie pokrywało większość z nich, jednak nie wszystkie.
Znów wyszła na dwór, robiąc przystanek w kuchni, żeby złapać oddech.
Palenisko czekało i wrzuciła całą dokumentację medyczną w płomienie. Obserwowała, jak kartki robią się brązowo-czarne i zmieniają się w popiół w listopadowym wietrze.
Eloise wstała, kiedy dopaliły się resztki historii jej choroby i wróciła do środka. Lustro w holu ukazało jej znajomą i nową zarazem Eloise - miała gęste brązowe włosy i uśmiechała się do siebie, jakby kochała życie i niosła pocieszenie.
Eloise podeszła do szafy w holu. Na półce leżał czerwony kapelusz, o którym ledwo pamiętała, ale włożyła go, martwiąc się trochę, że czerwień niekorzystnie podkreśli jej zmęczenie i ziemistą cerę. Zerknęła do lustra. Wyglądała świetnie. Poprawiła kapelusz pod innym kątem.
Na podwórzu w chłodnym listopadowym powietrzu znikała ostatnia smużka dymu z czarnego, wężowego paleniska.

stycznia 16, 2018

Neil Gaiman - Opowieść październikowa

Neil Gaiman - Opowieść październikowa


NEIL PYTA:
„Jakie magiczne stworzenie najchętniej spotkałbyś w październiku? (i dlaczego?)”
@elainelowe ODPOWIADA:
„Dżina. Nie, żeby spełnił życzenia. Ale po to, żeby udzielił mi porady jak być szczęśliwym z tym, co się ma”.
#KeepMoving #OctTale

- Miłe uczucie – oświadczyłem i poruszyłem szyją, żeby do końca pozbyć się skurczu.
Właściwie, nie było po prostu miło, było wspaniale. Tak długo siedziałem wciśnięty w tę lampę, że zaczynałem już myśleć, że nikt nigdy ponownie jej nie potrze.
- Jesteś dżinem – stwierdziła młoda kobieta, trzymająca w dłoni ściereczkę od kurzu.
- Zgadza się. A ty jesteś całkiem bystra, słonko. Co mnie wydało?
- Pojawienie się w chmurze dymu – odpowiedziała z cieniem uśmiechu na twarzy. – I wyglądasz jak dżin. Masz turban i buty ze szpiczastymi czubkami.
Założyłem ramiona i mrugnąłem. Teraz byłem ubrany w niebieskie dżinsy, szare trampki i spłowiałą szarą bluzę, typowy męski strój w tym miejscu i czasie. Uniosłem rękę do czoła i głęboko się skłoniłem.
- Jam jest dżin z lampy – obwieściłem. – Raduj się, wybranko szczęścia, gdyż posiadam moc spełnienia trzech życzeń. I nie próbuj numeru z „poproszę większą ilość życzeń” – nie dam się na to nabrać, a ty stracisz życzenie. Dobra. Strzelaj.
Ponownie zaplotłem ramiona.
- Nie – powiedziała. – Znaczy, dziękuję i w ogóle, ale jest w porządku. Jestem szczęśliwa.
- Skarbie – zacząłem. – Koteczku. Złotko. Być może nie usłyszałaś. Jestem dżinem. A te trzy życzenia? Mówimy o wszystkim, czego zapragniesz. Marzyłaś kiedykolwiek o lataniu? Mogę sprawić ci skrzydła. Chcesz być bogata, bogatsza od Krezusa? Pragniesz władzy? Tylko powiedz. Trzy życzenia. Co tylko chcesz.
- Już mówiłam – odparła. – Dzięki. Jest w porządku. Napijesz się czegoś? Musi cię nieźle suszyć po tak długim czasie w lampie. Wina? Wody? Herbaty?
- Eee… - kiedy mnie o to spytała, poczułem pragnienie. – Masz może miętową herbatę?
Zaparzyła herbatę o smaku mięty w imbryku, który wyglądał niemal identycznie jak lampa w której spędziłem lwią część ostatniego tysiąclecia.
- Dziękuję za herbatę.
- Żaden problem.
- Ale nie rozumiem. Każdy, kogo spotykam, zaczyna o coś prosić. Luksusowy dom. Harem przepięknych kobiet – nie, żebyś miała go pragnąć, rzecz jasna…
- A mogłabym – odrzekła. – Nie możesz tak po prostu zakładać, że wiesz, czego chcą ludzie. Och, i nie mów do mnie złotko, skarbie i tak dalej. Mam na imię Hazel.
- Ach! – nareszcie pojąłem. – Więc pragniesz cudownej kobiety? Wybacz mi, proszę. Musisz tylko wyrazić życzenie – założyłem ramię na ramię.
- Nie – powiedziała. – Jestem szczęśliwa. Bez życzeń. Jak tam herbata?
Powiedziałem, że to najsmaczniejsza miętowa herbata, jaką kiedykolwiek piłem.
Zapytała, kiedy zacząłem odczuwać potrzebę spełniania cudzych życzeń i czy kiedykolwiek miałem rozpaczliwą potrzebę zadowalania innych. Spytała o moją matkę. Odparłem, że nie może postrzegać mnie tak, jak postrzega innych śmiertelników, ponieważ byłem dżinem, mądrym i potężnym, czarownym i tajemniczym.
Spytała, czy lubię hummus, i kiedy odpowiedziałem, że tak, przypiekła i pokroiła chleb pita, żebym mógł go maczać w hummusie.
Zanurzyłem kawałki placka w hummusie, rozkoszując się każdym kęsem. To podsunęło mi pomysł.
- Po prostu to powiedz – zachęciłem – a dostarczę ci posiłek godny sułtana. Każde danie będzie pyszniejsze od poprzedniego, a wszystkie podam ci na złotej zastawie. A potem będziesz mogła zachować talerze.   
- Jestem szczęśliwa – oświadczyła z uśmiechem. – Chciałbyś może pójść na spacer?
Przeszliśmy razem przez miasto. Przyjemnie było rozprostować nogi po tylu latach w lampie. Znaleźliśmy się w parku, siedząc na ławce nad jeziorem. Było ciepło, ale rześko, a jesienne liście spadały z drzew spiralnym ruchem przy każdym podmuchu wiatru.
Opowiedziałem Hazel o mojej młodości, jak zwykłem z młodymi dżinami podsłuchiwać rozmowy aniołów i jak rzucali w nas kometami, jeśli zostaliśmy przyłapani. Opowiedziałem jej też o ciężkich czasach, o wojnie dżinów i o tym, jak król Sulejman uwięził nas w rozmaitych przedmiotach: butelkach, lampach, glinianych naczyniach i im podobnych.
Ona powiedziała mi o rodzicach, którzy zginęli w katastrofie lotniczej i po których odziedziczyła dom. Opowiedziała mi o swej pracy, ilustrowaniu książek dla dzieci, do którego wróciła przypadkiem, w momencie gdy zorientowała się, że nigdy nie będzie naprawdę dobrym ilustratorem medycznym i o tym, jak jest szczęśliwa, kiedy dostaje nową książeczkę do zilustrowania. Dodała, że raz w tygodniu uczy dorosłych rysunku w lokalnym college’u.
Nie zobaczyłem w jej życiu żadnej rysy, żadnej pustki, którą mógłbym wypełnić życzeniem, poza jedną.
- Wiedziesz dobre życie – powiedziałem jej. – Ale nie masz nikogo, by się nim podzielić. Szepnij słowo, a sprowadzę ci idealnego mężczyznę. Albo kobietę. Gwiazdę filmową. Bogatą… osobę…
- Nie trzeba. Jest dobrze – powiedziała.
Wróciliśmy do jej mieszkania, mijając domy udekorowane na Halloween.
- To nienaturalne – oznajmiłem. – Ludzie zawsze czegoś chcą.
- Nie ja. Mam wszystko, czego potrzebuję.
- To co mam zrobić?
Przez chwilę się zastanawiała. Potem wskazała na swoje podwórko. – Możesz zamieść liście?
- Czy to twoje życzenie?
- Nie, po prostu coś, czym mógłbyś się zająć, podczas gdy ja będę przygotowywać kolację.
Zamiotłem więc liście na kupkę przy żywopłocie, tak, by nie rozwiał jej wiatr. Po kolacji zmyłem naczynia. Położyłem się w pokoju gościnnym Hazel.
To nie tak, że nie chciała ode mnie pomocy. Pozwalała sobie pomagać. Biegałem na posyłki, przynosząc do domu przybory plastyczne i zakupy. W te dni, kiedy malowała do późna, pozwalała wymasować sobie kark i ramiona. Mam mocne, silne ręce.
 Na krótko przed świętem Dziękczynienia przeprowadziłem się z sypialni dla gości na drugą stronę przedpokoju, do sypialni i łóżka Hazel.
Tamtego ranka, gdy spała, obserwowałem jej twarz. Przyglądałem się wykrojowi ust zmieniającemu się podczas jej snu. Skradające się słońce musnęło jej twarz, otworzyła oczy i spojrzała na mnie, uśmiechając się.
- Wiesz o co nigdy cię nie zapytałam? – zaczęła – Co z tobą? Czego byś sobie życzył, gdybym spytała cię o trzy życzenia?
Pomyślałem przez chwilę. Oplotłem ją ramieniem, a ona wtuliła się we mnie.
- Jest w porządku – oświadczyłem. – Jestem szczęśliwy.

stycznia 15, 2018

Neil Gaiman - Opowieść wrześniowa

Neil Gaiman - Opowieść wrześniowa

NEIL PYTA:
„Opowiedz mi o czymś co straciłeś we wrześniu i co wiele dla ciebie znaczyło.”
@TheGhostRegion ODPOWIADA:
„Lwi pierścień mej matki, zgubiony i odnaleziony 3 razy z rzędu… Niektórych rzeczy nie da się zatrzymać.”.
#KeepMoving #SepTale

Moja matka miała sygnet w kształcie lwiej głowy. Używała go do drobnych magicznych sztuczek – znalezienia miejsca do parkowania, przyspieszenia kolejki w supermarkecie, sprawienia, że dogryzająca sobie para przy sąsiednim stoliku przestawała sobie dogryzać i znów się w sobie zakochiwała, takie tam rzeczy. Kiedy umarła, zostawiła pierścień mnie.

Po raz pierwszy zgubiłam go w kawiarni. Myślę, że musiałam się nim nerwowo bawić, ściągając go z palca i zakładając z powrotem. Dopiero gdy dotarłam do domu, uświadomiłam sobie, że go nie mam.

Wróciłam do kawiarni, ale nie było po nim śladu.

Kilka dni później zwrócił mi go taksówkarz, który znalazł pierścień na chodniku przed kawiarnią. Oznajmił, że moja matka ukazała mu się we śnie, podając mój adres i przepis na tradycyjny sernik.

Za drugim razem, kiedy straciłam pierścień, przechylałam się przez mostek, bezmyślnie wrzucając sosnowe szyszki do płynącej w dole rzeki. Nie sądziłam, że był za luźny, ale zsunął mi się z palca wraz z szyszką. Śledziłam trasę jego upadku. Wylądował w ciemnym, mokrym błocie na brzegu rzeki z głośnym plump i zniknął.  

Tydzień później kupiłam łososia od mężczyzny poznanego w pubie, wyjęłam go z lodówki na tyłach jego rozklekotanej zielonej ciężarówki. Miałam go ugotować na urodzinową kolację. Kiedy rozcięłam łososia, z wnętrza wypadł sygnet mej matki.

Gdy zgubiłam go trzeci raz, czytałam i opalałam się w ogrodzie. Był sierpień. Pierścień leżał za mną na ręczniku, wraz z przeciwsłonecznymi okularami i olejkiem do opalania, kiedy duży ptak (mogła to być sroka albo kawka, ale mogę się mylić. Na pewno był to jakiś krukowaty) podleciał i zerwał się wzwyż z pierścieniem mojej matki w dziobie.

Sygnet wrócił do mnie już następnej nocy, odniesiony przez niezgrabnego stracha na wróble. Nieźle mnie zaskoczył, stojąc bez ruchu w świetle lampy nad tylnymi drzwiami, i odszedł, jak tylko odebrałam pierścień z jego wypchanej słomą rękawiczkowej dłoni.

- Niektórych rzeczy nie da się zatrzymać – powiedziałam sobie.

Następnego ranka schowałam pierścień w schowku w moim starym samochodzie Pojechałam na złomowisko i patrzyłam z satysfakcją jak samochód sprasowano na metalowy sześcian rozmiaru starego telewizora, a potem załadowano do skrzyni wysyłanej do Rumunii, gdzie mieli go przerobić na użyteczne rzeczy.

Na początku września wyczyściłam swoje konto bankowe. Przeprowadziłam się do Brazylii, gdzie przyjęłam pracę jako projektant stron internetowych pod fałszywym nazwiskiem.

Jak dotąd nie natrafiłam na sygnet mojej matki. Ale od czasu do czasu budzę się z głębokiego snu z mocno bijącym sercem, mokra od potu, zastanawiając się, jak zwróci mi go tym razem.

stycznia 12, 2018

Neil Gaiman - Cynamon

Neil Gaiman - Cynamon


Cynamon była księżniczką – dawno temu, w małym, gorącym kraju, gdzie wszystko było stare. Miała oczy jak perły – dodawały jej urody, ale znaczyły też, że jest ślepa. Cały jej świat był perłowy – biały i jasnoróżowy, tonący w miękkim poblasku.
Cynamon nie mówiła.
Jej ojciec i matka – Radża i Rani – proponowali komnatę w pałacu, pole karłowatych drzewek mangowych, portret ciotki Rani na lakierowanym drewnie i zieloną papugę jako zapłatę dla tego, kto potrafi zmusić Cynamon do mówienia.
Miasto z jednej strony było otoczone przez góry, a z drugiej przez dżunglę, niewielu zatem przybywało z daleka, by nauczyć Cynamon mowy. Ale przychodzili – zatrzymywali się w pałacowej komnacie, uprawiali mangowce, karmili papugę i podziwiali portret ciotki Rani (która za swoich czasów była uznaną pięknością, choć teraz stała się stara, nieznośna i marudna z powodu wieku i rozczarowań) aż odchodzili, wściekli, przeklinając małą, cichą dziewczynkę.
Któregoś dnia w pałacu zjawił się tygrys. Był olbrzymi i groźny, koszmar w pomarańczu i czerni. Kroczył po ziemi jak bóg, bo tak właśnie poruszają się tygrysy. Na ludzi padł strach.
- Nie ma się czego bać – powiedział Radża. – Tygrysy rzadko są ludożercami.
- Ja jestem – odparł tygrys.
Ludzi zdumiała ta odpowiedź, lecz w żadnym razie nie ukoiła ich strachu.
- Mógłbyś kłamać – powiedział Radża.
- Mógłbym – odpowiedział tygrys. – Ale nie kłamię. A teraz – jestem tu, by nauczyć ludzkie szczenię mowy.
Radża naradził się z Rani i, pomimo nalegań ciotki Rani, która utrzymywała, że tygrysa należy natychmiast wypędzić z miasta przy pomocy mioteł i zaostrzonych kijów, wskazano mu pałacową komnatę, pole drzewek mango i dano portret na lakierowanym drewnie. Dano by mu także papugę, gdyby nie odleciała ze skrzekiem pod sam dach i odmówiła zejścia.
Cynamon zaprowadzono do pokoju tygrysa.
- Młoda kobieta z Rygi – zaskrzeczała papuga z wysokości krokwi – wybrała się na przejażdżkę na tygrysie. Wrócili z przejażdżki z uśmiechem na pysku tygrysa i młodą damą w jego środku. (Gwoli ścisłości historycznej i literackiej, zmuszony jestem przyznać, że papuga cytowała pewien poemat, sporo starszy i dużo dłuższy, zawierający podobny przekaz).
- Widzicie – powiedziała ciotka Rani – Nawet ptak wie, co się święci.
- Zostawcie mnie z dziewczynką – zażądał tygrys.
Radża i Rani, ciotka Rani i pałacowa służba niechętnie zostawili Cynamon sam na sam z bestią. Dziewczynka przesunęła palcami po jego futrze i poczuła na twarzy gorący oddech.
Tygrys położył łapę na rączce Cynamon.
- Ból – rzekł tygrys i wbił jeden z ostrych jak igły pazurów w dłoń Cynamon. Przebił jej miękką, brązową skórę, na której wezbrały koraliki krwi.
Cynamon zdusiła w sobie płacz.
- Strach – rzekł tygrys i zaczął ryczeć, z początku tak cicho, że niemal niesłyszalnie, poprzez pomruk, warkot jak niespokojny wulkan, aż do ryku, od którego zatrzęsły się ściany pałacu.
Cynamon zadrżała.
- Miłość – rzekł tygrys i szorstkim, czerwonym językiem zlizał krew z dłoni Cynamon i polizał jej miękką, brązową twarz.
- Miłość? – wyszeptała Cynamon ochrypłym głosem, nienawykłym do słów.
A tygrys otworzył paszczę i uśmiechnął się jak głodny bóg, bo tak właśnie uśmiechają się tygrysy.
Tej nocy księżyc był w pełni.
Bladym rankiem dziecko i tygrys wyszli razem z komnaty. Zagrzmiały cymbały i zaśpiewały jaskrawe ptaki, kiedy Cynamon z tygrysem szli w kierunku Radży i Rani, siedzących na samym końcu sali tronowej, wachlowanych przez starych służących liśćmi palmy. Ciotka Rani siedziała w kącie sali, nadąsana, i piła herbatę.
- Czy potrafi mówić? – zapytała Rani.
- Czemu to jej nie zapytasz? – zamruczał tygrys.
- Czy umiesz mówić? – zapytał Radża Cynamon.
Dziewczynka skinęła głową.
- Ha! – zaśmiała się ciotka Rani – Potrafi tak samo mówić, jak polizać swoje plecy.
- Cicho – zwrócił się Radża do ciotki Rani.
- Potrafię mówić – powiedziała Cynamon – Myślę, że zawsze potrafiłam.
- Dlaczego więc milczałaś? – spytała jej matka.
- Wcale nie umie mówić – zamruczała ciotka Rani, kiwając jednym, kościstym palcem – To tygrys za nią rozmawia.
- Czy nikt nie umie uciszyć tej kobiety? – zapytał Radża sali tronowej.
- Łatwiej uciszyć, niż zmusić do mówienia – rzekł tygrys i poradził sobie z tą sprawą.
A Cynamon odparła:
- Dlaczego milczałam? Ponieważ nie miałam nic do powiedzenia.
- A teraz? – spytał jej ojciec.
- Teraz tygrys opowiedział mi o dżungli, o paplaninie małpek, zapachu świtu i smaku księżycowego światła. O hałasie, jaki wydaje stado flamingów zrywając się do lotu z tafli jeziora. I oto, co wam powiem: odchodzę z tygrysem.
- Nie wolno ci tego zrobić! – krzyknął Radża – Zabraniam ci!
- Bardzo trudno jest – odpowiedziała Cynamon – zabronić tygrysowi tego, co sam chce.
Radża i Rani, po rozważeniu jej słów, zgodzili się, że istotnie tak jest.
- A poza tym – dodała Rani – tam będzie o wiele szczęśliwsza.
- Ale co z pałacową komnatą? I z polem mangowców? I z papugą? I z portretem świętej pamięci ciotki Rani? – zapytał Radża, który lubił być praktyczny.
- Oddaj je ludziom – powiedział tygrys.
Tak więc ogłoszono, że obywatele miasta odtąd stają się właścicielami sadu mangowców, papugi i portretu i że księżniczka Cynamon potrafi już mówić, jednak opuści ich na jakiś czas w celu dalszych nauk.
Tłum zebrał się na rynku, by zobaczyć, jak otwierają się wrota pałacu i wychodzą z nich tygrys i dziecko. Tygrys kroczył powoli poprzez tłum, z małą dziewczynką na swoim grzbiecie, mocno uczepioną jego futra. Wkrótce oboje połknęła dżungla, bo tak właśnie odchodzą tygrysy.
W końcu nikt nie został zjedzony, wyłączając starą ciotkę Rani, która i tak została zapamiętana przez lud jako na zawsze młoda piękność z portretu wiszącego na miejskim rynku.

stycznia 05, 2018

Neil Gaiman - Opowieść sierpniowa

Neil Gaiman - Opowieść sierpniowa

NEIL PYTA:
„Co powiedziałby sierpień, gdyby potrafił mówić?”
@gabiottasnest ODPOWIADA:
„Sierpień opowiadałby o swej niezmiennej potędze, wpatrując się uważnie w liście płonące na drzewach”.
#KeepMoving #AugTale

Tamtego sierpnia pożary lasów zaczęły się wcześnie. Wszystkie burze zdolne zwilżyć ziemię przesunęły się na południe od nas, zabierając ze sobą deszcz. Każdego dnia widywaliśmy przelatujące helikoptery z zapasem wody z jeziora, gotowej, by ugasić odległy ogień.

Peter, Australijczyk, w którego domu mieszkam, gotuję i sprzątam, powiedział:
- W Australii eukaliptus potrzebuje ognia aby przetrwać. Z niektórych ziaren eukaliptus nie wykiełkuje, jeżeli wcześniej pożar nie wypali całego podszycia. Potrzebują dużo ciepła.
- To dziwne – odparłem. – Coś rodzącego się w płomieniach.
- Nie tak bardzo – rzekł Peter – to całkiem normalne. Kiedy Ziemia była bardziej gorąca, pewnie zdarzało się jeszcze częściej.
- Trudno sobie wyobrazić jeszcze bardziej gorący świat.
Peter prychnął.
- To jeszcze nic – powiedział i zaczął opowiadać o trudnych do zniesienia australijskich upałach, których doświadczył będąc dzieckiem.
Następnego dnia w telewizji padł komunikat zachęcający ludzi w naszej okolicy do ewakuacji; byliśmy w strefie zagrożonej pożarem.
- Gadają bzdury – mruknął rozdrażniony Peter – Nie ma żadnego problemu. Mieszkamy na wzgórzu i otacza nas strumień.
Przy wysokim poziomie wody strumień potrafił mieć cztery, nawet pięć stóp głębokości. Teraz sięgał najwyżej jednej stopy.
Późnym popołudniem w powietrzu unosił się ciężki zapach palonego drewna, a telewizor i radio trąbiły, że mamy się wynosić, i to już, jeżeli tylko możemy. Uśmiechaliśmy się do siebie, popijaliśmy piwo i gratulowaliśmy sobie nawzajem zrozumienia tak trudnej sytuacji, zachowania zimnej krwi i tego, że nie uciekliśmy.
- My, ludzie, jesteśmy pełni pychy – orzekłem. – Wszyscy. Ludzkość. Widzimy palące się liście na drzewach w upalny sierpniowy dzień i wciąż nie wierzymy, że coś naprawdę może się zmienić. Nasza cywilizacja będzie trwała wiecznie.
- Nic nie trwa wiecznie – odpowiedział Peter, nalewając sobie następne piwo i opowiadając mi historyjkę o przyjacielu z Australii, który zdołał powstrzymać pożar buszu przed spaleniem swej rodzinnej farmy polewając piwem zarzewia ognia, gdy tylko się pojawiały.
Ogień szedł z doliny w naszą stronę, zwiastując apokalipsę i zdaliśmy sobie sprawę, jak nikłą ochronę stanowi strumień. Powietrze płonęło.
Uciekliśmy, popychając jeden drugiego, kaszląc od duszącego dymu, biegliśmy w dół wzgórza dopóki nie dopadliśmy strumienia i położyliśmy się w nim, tak, że tylko głowy wystawały nam ponad wodę.
Z piekła oglądaliśmy jak się wykluwają z płomieni, powstają i fruną. Przypominały mi ptaki, grzebiące w dymiących ruinach domu na wzgórzu. Widziałem, jak jeden z nich unosi głowę i wydaje triumfalny krzyk. Mogłem go usłyszeć poprzez trzask palonych liści, przez ryk płomieni. Usłyszałem krzyk feniksa i zrozumiałem, że nic nie trwa wiecznie.
Setka ognistych ptaków wzbiła się w niebo, a woda w rzece zaczęła wrzeć.  

stycznia 05, 2018

Neil Gaiman - Opowieść lipcowa

Neil Gaiman - Opowieść lipcowa

NEIL PYTA:
„Jaka jest najniezwyklejsza rzecz, jaką widziałeś w lipcu?”
@mendozacarla ODPOWIADA:
„…igloo zbudowane z książek”.
#KeepMoving #JulTale

W dniu, kiedy odeszła ode mnie żona, mówiąc, że potrzebuje samotności i czasu, żeby przemyśleć kilka spraw, pierwszego lipca, gdy słońce iskrzyło na tafli jeziora w środku miasta, kiedy kukurydza na polach wokół mojego domu sięgała już do kolan,  gdy nazbyt entuzjastyczne dzieciaki podpaliły kilka petard i fajerwerków, żeby nas zaskoczyć i uświetnić letnie niebo, zbudowałem książkowe igloo na tyłach mojego domu.

Do budowy użyłem książek w miękkich oprawach, gdyż przestraszyłem się ciężaru spadających twardych tomów i encyklopedii, gdyby konstrukcja nie okazała się wystarczająco solidna.
Ale dało radę. Miało ponad trzy metry wysokości oraz tunel, przez który mogłem wczołgać się do środka i ukryć przed przeraźliwym północnym wichrem.
Do igloo zabrałem więcej książek, niż zużyłem na budowę i zacząłem czytać. Zachwyciło mnie, jak ciepło i przytulnie było w środku. Gdy już kończyłem czytać książki, układałem je jako podłogę, donosząc coraz to nowe, żebym miał na czym siedzieć i tak z mojego świata całkiem zniknęła zielona lipcowa trawa.
Nazajutrz przyjechali do mnie znajomi. Wpełzli do mojego igloo na czworakach. Oświadczyli, że mi odbiło. Odparłem, że jedyną rzeczą dzielącą mnie od zimna jest kolekcja książek mojego ojca z lat pięćdziesiątych, przy czym wiele z nich miało pikantne tytuły, jaskrawe okładki i rozczarowująco rzewne historie.
Znajomi mnie opuścili.
Usiadłem w moim igloo, wyobrażając sobie mroźną arktyczną noc na zewnątrz i zastanawiając się, czy zorza polarna rozświetli niebo nade mną. Wyjrzałem, ale zobaczyłem tylko ciemność, usianą drobnymi piegami gwiazd.
Spałem w moim igloo zrobionym z książek. Zgłodniałem. Zrobiłem dziurę w podłodze, zarzuciłem wędkę i czekałem, aż coś zacznie brać. Coś się złapało; książkowa rybka w zielonej okładce opowiadań detektywistycznych Penguina. Zjadłem ją na surowo, bojąc się rozpalić ogień.
Kiedy wyszedłem na zewnątrz, ujrzałem że ktoś pokrył książkami cały świat: książkami w bladych oprawach, w odcieniach bieli, błękitu i fioletu. Skakałem po książkowych krach.
Zobaczyłem kogoś, kto przypominał mi żonę. Stała na lodzie, układając lodowiec autobiografii.
- Myślałem, że odeszłaś – wyszeptałem w jej kierunku. – Myślałem, że zostawiłaś mnie samego.
Nie odpowiedziała i zdałem sobie sprawę, że jest zaledwie cieniem cienia.
Trwał lipiec, gdy słońce na dalekiej północy nie zachodzi nigdy, ale zmęczyłem się i wyruszyłem w kierunku mego igloo.
Zanim zobaczyłem niedźwiedzie, najpierw ujrzałem ich cienie, były olbrzymie i jasne, zrobione ze stron ponadczasowych utworów, wiersze starożytnych i współczesnych pod postacią niedźwiedzi grasowały po krach, wypełnione słowami zdolnymi zranić swym pięknem. Mogłem zobaczyć papier i snujące się na nim słowa i przeraziłem się, że niedźwiedzie mnie zauważą.
Wczołgałem się z powrotem do igloo, unikając niedźwiedzi. Być może zasnąłem w ciemnościach. A potem wychynąłem, kładąc się na wznak na lodzie i przyglądałem się zdumiewającym barwom migoczącej zorzy polarnej, słuchając trzasku i pęku odległego lodu, kiedy baśniowa góra lodowa oderwała się od lodowca mitologii.
Nie wiem, kiedy zorientowałem się, że obok mnie leży ktoś jeszcze. Słyszałem jej oddech.
- Są przepiękne, prawda? – zapytała.
- To aurora borealis, zorza północna – wyjaśniłem.
 - To miejskie fajerwerki z okazji Czwartego Lipca, kochanie – odpowiedziała moja żona.
Złapała mnie za rękę i wspólnie oglądaliśmy fajerwerki.
Kiedy ostatni sztuczny ogień wybuchł w chmurze złotych gwiazdek, dodała:
- Wróciłam do domu.
Nic nie odpowiedziałem, ale bardzo mocno ścisnąłem jej dłoń, opuszczając książkowe igloo i wracając z nią do domu, gdzie mieszkaliśmy, wygrzewając się jak koty na lipcowym upale.
Usłyszałem daleki grzmot. W nocy, kiedy spaliśmy, zaczęło padać, burząc moje igloo z książek, zmywając słowa ze świata.

stycznia 05, 2018

Neil Gaiman - Opowieść czerwcowa

Neil Gaiman - Opowieść czerwcowa

NEIL PYTA:
„Gdzie spędziłbyś wymarzony czerwiec?”
@DKSakar ODPOWIADA:
„W lodówce. Latem zawsze żałuję, że nie produkują lodówek dużych na tyle, by pomieściły człowieka”.
#KeepMoving #JunTale


Moi rodzice się ze sobą nie zgadzają. Tak już jest. Nawet bardziej niż się nie zgadzają – oni się kłócą. O wszystko. Wciąż nie wiem, jak zdołali przestać się kłócić na tyle długo, by zdążyć się pobrać, nie mówiąc już o sprowadzeniu na świat mnie i mojej siostry.

Moja mama wierzy w redystrybucję i uważa, że największy problem z komunizmem polega na tym, że nie dociera on wszędzie. Mój tata postawił przy łóżku oprawioną w ramki fotografię królowej i głosuje tak mocno na konserwatystów, jak to tylko możliwe. Mama chciała nazwać mnie Susan. Tata – Henrietta, po jego ciotce. Żadne z nich nie ustąpiło o cal. Jestem jedyną Susiettą w całej szkole i prawdopodobnie na całym świecie. Moja siostra nazywa się Alismima, z podobnego powodu.

Nie ma rzeczy w której byliby zgodni, nawet jeśli chodzi o temperaturę. Mojemu tacie jest ciągle za ciepło, a mamie za zimno. Włączają i wyłączają kaloryfery, zamykają i otwierają okna, kiedy tylko któreś wyjdzie z pokoju. To pewnie dlatego moja siostra i ja chodzimy przeziębione cały rok.

Nie mogli się nawet dogadać, w którym miesiącu wyjeżdżamy na wakacje. Tata definitywnie opowiedział się za sierpniem, mama nieodwołalnie za lipcem. Oznaczało to, że pojedziemy na wakacje w czerwcu, nie zadowalając nikogo.

Potem nie mogli zdecydować gdzie jedziemy. Tata wybrał Islandię i wycieczkę na kucykach, podczas gdy mama była w stanie zgodzić się na jazdę na wielbłądach przez Saharę. Obydwoje popatrzyli na nas jak na niespełne rozumu, kiedy powiedziałyśmy, że najchętniej to posiedziałybyśmy gdzieś na plaży na południu Francji. Przestali się na chwilę kłócić, żeby oznajmić, że nie ma o tym mowy, tak samo jak o wyjeździe do Disneylandu i wrócili do niezgadzania się ze sobą.

Zakończyli Wielką Kłótnię O To, Gdzie Jedziemy W Czerwcu trzaskaniem drzwiami i wykrzykiwaniem zza nich zdań w stylu „No i dobrze!”.

Kiedy przyszedł czas nieszczęsnych wakacji, moja siostra i ja byłyśmy pewne, że nigdzie nie pojedziemy. Wypożyczyłyśmy jak największą furę książek z biblioteki i przygotowałyśmy się na wysłuchiwanie mnóstwa sprzeczek w ciągu najbliższych dni.

Wtedy panowie podjechali pod nasz dom ciężarówkami, przywieźli rzeczy i zaczęli je montować.

Mama kazała im podłączyć saunę w piwnicy. Na podłogę wysypali tony piasku. Na suficie zawiesili lampę do światłoterapii. Mama rozłożyła pod nią ręcznik i położyła się na nim. Na ścianach piwnicy wisiały zdjęcia piaskowych wydm i wielbłądów, dopóki nie poodpadały pod wpływem gorąca.

Tata kazał mężczyznom zainstalować lodówkę – największą lodówkę, jaką znalazł, tak wielką, że można było do niej wejść – w garażu. Zajęła sobą cały garaż, więc tata musiał zacząć parkować samochód na podjeździe. Wstawał rano i ubierał się ciepło w sweter z islandzkiej wełny, brał ze sobą książkę, termos pełen gorącego kakao i kanapki z pastą Marmite i ogórkiem i z szerokim uśmiechem na twarzy kierował się w stronę garażu, z którego nie wychodził przed kolacją.

Zastanawiam się, czy ktokolwiek inny ma tak dziwaczną rodzinę. Moi rodzice nigdy się ze sobą nie zgadzają.

- Wiesz, że popołudniami mama zakłada płaszcz i wkrada się do garażu? – zapytała moja siostra niespodziewanie, kiedy siedziałyśmy w ogrodzie, czytając nasze książki.
Tego nie wiedziałam, ale zauważyłam tatę, w samych kąpielówkach i szlafroku kierującego się do piwnicy, żeby pobyć z mamą, a na jego twarzy widniał olbrzymi głupkowaty uśmiech.

Nie rozumiem rodziców. Szczerze powiedziawszy, nie sądzę, żeby ktokolwiek ich rozumiał.
Copyright © 2016 bajariusz , Blogger